[WYWIAD TYGODNIA] Agnieszka Kowalska: Trzeba być cierpliwym i nie udawać kogoś innego
– Jeśli coś jest pasją, to się da to pogodzić z codziennym życiem, nawet jeśli czasami brakuje sił. Mimo występującego czasami chwilowego zmęczenia, trudności, nieporozumień nie wyobrażam sobie, że piłka ręczna zniknie z mojego życia. Szybko weszłam w rolę trenerki po skończeniu kariery zawodniczej. Rodzina też musi się pogodzić z tym, że mam swoją pasję – to jest moje miejsce na reset, jakaś odskocznia od życia codziennego. Dla mnie życie bez pasji jest nudne i szare – mówi nam w wywiadzie tygodnia trenerka pierwszoligowych szczypiornistek ChKS-u PŁ Łódź.
Zacznijmy od ostatniego meczu. Porażka w Rzeszowie, o której zadecydowało kilka słabszych minut. Co o tym zadecydowało?
Agnieszka Kowalska: – Cały czas nie daje nam to spokoju i siedzi nam to w głowach. Już w szatni po pierwszej połowie rozmawialiśmy o tym co trzeba poprawić w naszej grze. Wynik w ogóle nie świadczy o przebiegu meczu. Spotkanie przebiegało cały czas pod nasze dyktando, gospodynie prowadziły tylko na początku przy wyniku 4:3 i dopiero potem przy wyniku 30:29. Do 54. minuty to rywalki nas goniły. Jednak nasza rażąca nieskuteczność w tym dniu spowodowała, że mimo optycznej przewagi na boisku, dużej liczby sytuacji rzutowych nie udało się zamienić na bramki i zakończyć ten mecz wygraną. Policzyliśmy, że w ciągu tego meczu nie trafiłyśmy aż 21 „setek” w tym 3 karnych. Bramkarka rywalek pokonała nas mentalnie.
Czy w piłce ręcznej kobiet często zdarzają się takie przestoje kilkuminutowe? Jeśli tak, to jak można im zaradzić?
– U kobiet zdarzają się takie przestoje bardzo często. Jedna połowa meczu potrafi być zupełnie różna od drugiej. Odrabiane są duże straty punktowe, gra jest tak szybka i dynamiczna, że czasami trudno jest przewidzieć, jak to się potoczy. W sporcie żeńskim bardzo duże znaczenie ma mocna sfera mentalna.. Ten brak skuteczności u nas wynikał z tego, że bramkarka rywalek bardzo dobrze broniła i powstał problem, jak jej rzucać, żeby padały bramki. Początek drugiej połowy był dobry, ale od 54. minuty to rywalki wyszły na prowadzenie a seria błędów własnych spowodowała, że przeciwniczki rzuciły nam sześć bramek z rzędu.
Co może zrobić trener w takiej sytuacji? Jakie ma możliwości interwencji?
– Staraliśmy się pomóc jak możemy. Przed meczem była analiza przeciwnika, były przekazane wskazówki do gry. W przerwie meczu ustaliliśmy, co mamy grać w obronie, co ma się dziać w ataku, jak rzucać bramkarce, która miała dobre warunki fizyczne i dobrze broniła górne piłki, do tego grała dobrze taktycznie i podpuszczała zawodniczki by rzucać w pewne rejony. Wskazówki były i one podziałały, ale na 20 minut drugiej połowy. Potem zmęczenie, jedno, drugie niecelnie podanie i nieskuteczne rzuty – to wszystko powodowało, że mecz wymknął się spod kontroli..
– To był mecz, który kosztował oba zespoły sporo sił. Sama liczba rzuconych bramek świadczy o tym, że było dużo biegania i szybkie tempo gry. Byłyśmy jednak na to przygotowane, wiedziałyśmy, z kim będziemy walczyć i jaki jest styl gry przeciwniczek. Oczywiście cały czas padały wskazówki z ławki, wzięliśmy dwie przerwy. Mamy nadzieję, że te podpowiedzi docierają do dziewczyn. Oczywiście, nie każdy ma taką umiejętność, by wyłączyć emocje, ale dziewczyny oczekują tych podpowiedzi. Nie zawsze jednak uda się te wskazówki wprowadzić w życie. Chciałyśmy walczyć do końca ze względu na układ w tabeli. Może się zdarzyć tak, że będziemy mieli tyle samo punktów co zespół z Rzeszowa. Wtedy będzie decydował bilans naszego dwumeczu, który jest dla nas niekorzystny.
Jesteście póki co liderem tabeli. Jak pani ocenia szanse na zajęcie pierwszego miejsca na koniec i występ w turnieju finałowym I ligi?
– Matematycznie wygląda to tak, że my musimy już wszystko do końca wygrać i liczyć na korzystny dla nas wynik czyli wygraną zespołu z Radomia w meczu z Rzeszowem w najbliższy weekend. Teoretycznie jeśli nie zgubimy już punktów, to zespół z Marek nas nie wyprzedzi. Drużyna z Rzeszowa może się z nami jednak zrównać punktami. Jeśli radomianki wyjdą na mecz z Rzeszowem silnym składem z juniorkami z Ligi Centralnej i potraktują ten mecz poważnie to mogą urwać punkty rywalkom. Nadal jednak my musimy wygrywać we wszystkich meczach.
Zakładając, że wystąpicie w turnieju finałowym, wiecie coś o rywalach z innych grup i ich sile?
– Tak naprawdę jeszcze do niedawna nie wierzyliśmy we własne szczęście i miejsce w tabeli, bo nie taki był cel na ten sezon. Dlatego wielkie brawa dla zawodniczek za super grę i pozycję lidera. Od dwóch, może trzech kolejek zaczęliśmy się interesować sytuacją w pozostałych grupach. Zespół z Tczewa liderujący w grupie A trochę znamy, bo przed reorganizacją I ligi z nimi graliśmy. To zespół złożony z doświadczonych zawodniczek. W grupie B sytuacja nie jest jeszcze jasna. Podobnie jak u nas, trzy drużyny walczą o awans do turnieju finałowego. Jeszcze sześć meczy przed nami, trzeba się na nich skupić.
Gdyby udało wam się wywalczyć awans w tym sezonie, lub w przyszłym, to co dalej? Pytanie dotyczy sfery organizacyjno-finansowej.
– W sporcie tak jest, że za dobrym wynikiem idzie większe zainteresowanie. Pojawiają się osoby, które zaczynają śledzić nasze poczynania. Interesować się, rozmawiać na temat tego, co dalej i ile pieniędzy byłoby wtedy potrzebnych. Dzisiaj żyjemy z dnia na dzień, bez sponsora strategicznego, gramy dzięki Politechnice Łódzkiej, która od kilku ładnych lat wspiera nas finansowo i ponosi koszty transportu i wyżywienia w meczach wyjazdowych. Czynimy pewne kroki, by pozyskać sponsorów i miejmy nadzieję, że to się uda. Póki co zaskakujemy wszystkim wynikiem. To oczywiście jest miłe i sympatyczne, ale wymaga to dalszych kroków, planowania przyszłości i konkretnych działań.
Jaka jest rola Piotra Kacprzaka w zespole? W jaki sposób dzielicie się zadaniami?
– To jest nasz pierwszy wspólny sezon, ale oczywiście w klubie jako trenerzy współpracujemy już wiele lat. Piotr przez lata pracował tylko z zespołami męskimi. Pierwszy zespół kobiet, jaki objął, to były dziewczyny z rocznika 2005, których kilka jest w obecnej drużynie. Myślę, że dostrzega istotne różnice między prowadzeniem zespołu żeńskiego a męskiego. Staramy się być równorzędnymi trenerami. Oczywiście są rzeczy, za które ja odpowiadam, z racji tego, że robiłam to w latach wcześniejszych. Mówię o kontaktach z Politechniką, preliminarzach, finansach, pomocy dziewczynom czy sprawach organizacyjnych.
Jest pani trenerem, wzięła na siebie obowiązki menadżera zespołu, praca w szkole i na Politechnice Łódzkiej. Jak to wszystko pogodzić, bo przecież gdzieś jeszcze jest rodzina?
– Wszystko jest kwestią organizacji czasu wolnego. Jeśli coś jest pasją, to da się to pogodzić, nawet jeśli czasami brakuje sił. Mimo występującego czasami chwilowego zmęczenia, trudności, nieporozumień nie wyobrażam sobie, że piłka ręczna zniknie z mojego życia. Szybko weszłam w rolę trenerki po skończeniu kariery zawodniczej. Rodzina też musi się pogodzić z tym, że mam swoją pasję – to jest moje miejsce na reset, jakaś odskocznia od życia codziennego. Dla mnie życie bez pasji jest nudne i szare
Czemu pani zdaniem tak mało kobiet decyduje się na podjęcie pracy trenerskiej? Pokutuje szablon, że kobiety muszą się zająć rodziną i nie ma już czasu na dodatkowe pasje?
– To może być jednym z powodów. Ja miałam to szczęście, że gdy na świecie pojawił się mój syn, miałam ogromną pomoc ze strony rodziny. Syn jeździł ze mną także na wszystkie obozy. Sądzę, że nie każda kobieta chce się zmierzyć z faktem, że przy wyborze kandydata na trenera częściej wybierany jest mężczyzna. W zespołach młodzieżowych spotyka się więcej trenerek niż w sporcie zawodowym. Patrząc na Superligę dopiero teraz mamy moment, w którym są kobiety prowadzące zespoły, do tej pory była jedna, może dwie. To wynika też trochę z przeświadczenia, że mężczyzna będzie lepszym trenerem i może więcej osiągnąć. W ostatnich latach w sporcie zrobiło się głośno o tym, że kobiet jest zbyt mało we władzach związkowych, wśród trenerów, sędziów.
W sporcie żeńskim często problemy pozasportowe mają wpływ na dyspozycję zawodniczek. Z punktu trenerki widać od razu, która z zawodniczek ma jakieś problemy poza boiskiem?
– Wszystko zależy od tego, jak długo i jak dobrze zna się zawodniczkę. Dużo łatwiej jest coś zauważyć, jeśli zna się długo zawodniczkę i wdziało się ją w różnych sytuacjach. Często na obozach, będąc z zawodniczką całą dobę, można ją lepiej poznać, wychodzą różne sytuacje życiowe, można obserwować lepsze i gorsze momenty. Mając dobre podejście jest szansa, że ta druga osoba się otworzy i będzie można pomóc. Często staram się poradzić w różnych sytuacjach życiowych. Wachlarz spraw i problemów, z jakimi mierzą się te dziewczyny w życiu jest szeroki.
Skąd bierze pani motywację do dalszej pracy? Ma pani kontakt z Patrycją Królikowską i innymi wychowankami? To napędza do dalszej pracy?
– Cały czas mamy kontakt, to duża motywacja. Patrycja była jedną z pierwszych, która zaszła tak wysoko. To zawsze ogromna duma, tak samo jak to, że założyła koszulkę z orzełkiem na piersi i że inne zawodniczki wystąpiły w reprezentacjach młodzieżowych. Takie osoby można dawać za przykład w momentach kryzysu innym zawodniczkom. Pamiętam jak Patrycja przyszła do klasy sportowej mojego gimnazjum. Pierwszy raz zobaczyłam ją w klasie VI jak grała w dwa ognie. Oprócz lewej ręki wyróżniało ją to, że zawsze świetnie biegała i trenerzy lekkiej atletyki chcieli nam ją podkraść. Patrycja też miała momenty zwątpienia i chciała zostawić piłkę ręczną dla lekkiej atletyki. Na szczęście zaufała nam trenerom i wybrała piłkę ręczną.
A pani ma momenty zwątpienia i zmęczenia tą pracą? Jak sobie pani z nimi radzi?
– Zmęczenie jest najczęściej chwilowe. Pojawia się przy dużym natłoku spraw, zwłaszcza, jak coś nie idzie po mojej myśli i potrzeba dużo więcej sił, by „chciało się znowu chcieć”. Teraz pewnie też będzie taki moment po nieplanowanej porażce. Wygrałyśmy 12 meczów z rzędu, trzynasty był pechowy, ale może potrzebny był nam taki zimny prysznic ? Mając charakter i zacięcie sportowca musimy się po takiej porażce podnieść silniejsi. Jeśli kogoś to powali, to znaczy, że ma przed sobą jeszcze dużo pracy przede wszystkim w sferze mentalnej.
Co by pani poradziła młodym dziewczynom, zawodniczkom, które myślą o pracy trenerki ale jednak trochę się boją tego, jak to się potoczy, jak będą postrzegane? Jak je zachęcić, by podjęły się tego wyzwania.
– Pierwsza rada jest taka, że muszą sobie uświadomić, że przed nimi ktoś już przetarł ten szlak. W tych czasach jest naprawdę łatwiej. Dwie nasze zawodniczki już bawią się i pracują z dziećmi. Natalia Szmigielska i Martyna Agata już prowadzą swoje zespoły i mają obraz, jak to wygląda z drugiej strony. Wiedzą już, z czym zderza się trener. Patrząc na nie mam wrażenie, że im się to podoba i chcą się sprawdzić, mimo iż nie jest to łatwa praca. Obie są ambitne, posiadają spore doświadczenie zawodnicze, które bardzo pomaga na początku kariery trenerskiej. Trochę widzę w nich siebie z dawnych lat, po tym, jak mocno się angażują w tą pracę i przeżywają mecze swoich podopiecznych.
– To są ich pierwsze zespoły, ale już widzę, że potrafią stawiać granice i jestem z nich dumna. Mimo, że są wymagającymi trenerkami potrafią zaskarbić sobie sympatię dziewczynek. Mam nadzieję, że jakąś cząstkę zaczerpnęły też ode mnie. Moja rada dla przyszłych trenerek -Trzeba być cierpliwym, być sobą i nie udawać kogoś innego. Trzeba dawać drugą, trzecią, czasem i piątą szansę i nie tracić zbyt szybko nadziei i nie skreślać kogoś za wcześnie. To moje zasady i dobre rady, ale każdy powinien wypracować swoje.
źródło: inf. własna